Wędrówka Dusz czyli flash na „Wielkim Okapie” na Kazalnicy!

W Tatry zaciągnął mnie wspominany warun stulecia. W niedziele wieczorem wyjechaliśmy do Zakopanego wraz z Romkiem Batsenko. W planach była Metallica, ale już na samą myśl dostałem jakieś niezidentyfikowanej gorączki i wycofaliśmy się chwilę po tym jak osiągnęliśmy Palenice, do bazy u Basi gdzie spędziłem kolejny dzień na podgryzaniu czosnku z imbirem.

We wtorek Romek udał się na wspinanie z Kasią Cieślak, gdzie udało im się sprawnie pokonać Sprężyne VII- na Mnichu. Kasia poprowadziła  wyciągi (VI-, VI,VII-) a Roman jako wytrawny boulderowiec pokonał 3 ostatnie wyciągi (VI+, V+, V+) w stylu od stanu do stanu, z ciekawości wrzucając w połowie pojedynczą kość. Mnie zaś udało się zdobyć schronisko w Morskim Oku drogą klasyczną 1583 m.n.p.m oraz Wielki Trawers Morskiego Oka.

Środa to porachunki z Ministrantem czyli sesja zdjęciowa na Opętaniu której nie udało nam się zrobić przed wakacyjnym tripem w związku ze słabym warunem. Roman mógł poznać Tatry z bardziej stromej strony, a ja mogłem rozruszać się na interwałach lewo-prawo. Dodatkowy klimat robiła gęsta jak śmietana do naleśników mgła która skutecznie utrudniała nam powrót do schroniska.

opetanie-panorama
Największy przewis w tatrach (foto Adam Kokot)
14360475_1485974828085861_689267262_o
Roman Batsenko podczas pracy na kluczowm wyciągu

Czwartek znowu po ledwo kilku godzinach snu wstaje zaspany i uderzamy w ścianę. Tym razem z Karoliną Ośką. Tym razem ma być poważnie bo za cel obieramy sobie najdłuższą i najtrudniejszą drogę na „ścianę ścian” czyli mitycznej Kazalnicy. Karo miała już doświadczenie na Kazalnicy bo niedawno poprowadziła pobliski Filar i wiedziała jak się stamtąd schodzi, a ja mam doświadczenie w wypuszczaniu nóg w powietrze, a na filmiku widziałem, że w cruxie taka umiejętność się przydaje.

14407860_1485988634751147_2072043175_o
Poważni wspinacze przed poważną ścianą

Pierwsze kilka wyciągów prowadzimy na zmianę. Bolty są dość daleko od siebie, czasem ich nie ma wcale, ale jest łatwo, a czasami nawet fajnie (szczególnie 4 wyciąg polecam!). 6 wyciąg jest również pierwszym trudnym wyciągiem (IX-). Po zapędzeniu się w ślepy zaułek tracę sajta, ale w drugiej próbie pokonuje ten odcinek.

 

Kluczowy Wielki Okap w wykonaniu zespołu Xsięski-Lama:

Kolejny wyciąg to słynne IX+ przez „Wielki Okap”. Boulder w dachu z wylotem nóg na dołożeniu wygląda całkiem zacnie. Na pierwszy ogień ciśnie Karo jako, że zna ruchy z wcześniejszych wstawek. Cieszy się, że jest bardzo sucho „jak na tą drogę”, ale patrząc na niektóre cieki wody i jak ciągle wyciera ręce w spodnie jakoś ciężko mi w to uwierzyć. Następnie obserwuje jak walczy by wpiąć się do przelotu w dachu po czym jednak bierze blok. Po wpięciu liny spokojnie sięga za okap, przechodzi na nogach, dokłada i kolejna wpinka. Na pytanie gdzie jest crux, odpowiada uśmiechnięta, że to był crux nie licząc wpinki… Znowu nie wierzę 🙂 gdy dochodzi do krawędzi okapu do wielkich klam stwierdza, że dalej już jest łatwo (nie wierzę) i że jest stosunkowo sucho (znowu nie wierzę).

Następuje zmiana na prowadzeniu. Idę koślawo i sztywno bo nie lubię wspinać się w sypiącej i mokrej skałce. Mówię Jej, że pójdę ile się da, ale biorąc pod uwagę zgrabiałe palce nie wierzę jakoś bardzo w sukces, a raczej myślę, o drugiej próbie. Dochodzę pod okap i osiągam cruxa w postaci wpinki za plecy w dachu z wilgotnej klamki. Żeby się wpiąć i nie wyjechać najpierw długo przebieram nogami, potem przedłużam ekspresa, a następnie wpinam line. Trochę to trwa więc już czuje się lekko nabity. Gdy sięgam do dwójki w dachu zupełnie nie czuje jej przez zmarznięte palce i na zmianę wsadzam środkowy palec ze wskazującym lub serdecznym. W końcu dochodzi do mnie nabicie więc mimo braku wiary (ale dzięki nawykowi z zawodów) postanawiam po prostu rzucić się za kant w stronę chwytu gdzie przed chwilą Karo z takim luzem sięgała. Wylatuje mi wszystko łącznie z wcześniejszą dwójką, ale jestem wystarczająco szybki by dołożyć drugą rękę w locie. Chwyt okazuje się zdecydowanie większy niż myślałem, więc z powrotem mogę się opanować i trochę odpocząć. Kolejne parę sprężnych ruchów, a następnie miał być reścik nad okapem. Sekwencje pokonuje zupełnie inaczej niż Karo, a następnie próbuję wejść w resta który odnalazła po lewej. Jak się później okazało mamy zupełnie inne definicje resta. Więc wychodzę jeszcze bardziej zbułowany, a po kilku ruchach osiągam klamy w przewisie. Jest to dla mnie znana sytuacja więc mogę się w końcu wyzerować. Dochodzę do miejsca gdzie Karo zjechała bo dalej jest łatwo… Chwyty jakieś krzywe, stopnie lekko się sypią, a przewieszenie za małe by wypuszczać nogi, a za duże żeby stać w no handzie. Na końcowych paru metrach spędzam najwięcej czasu, a główny cruxem znów okazuje się wpinka, którą trzeba chyba tradycyjnie już na tej drodze wykonać z najmniejszego dostępnego chwytu. Dodatkowe utrudnienie powoduje przegięcie lin przez za krótki ekspres dzięki czemu wpiąć udaje mi się tylko jedną żyłę i to dopiero chyba w 5 próbie. Potem tylko kilka ruchów po mokrym cieku i zadowolony dochodzę do stanu. Karo robi wyciąg z zapasem, jednak najwięcej czasu spędza na końcówce „z której się już nie spada” ufnie wsłuchując się w moje podpowiedzi.

Przybijamy piątkę i lecimy na kolejny wyciąg IX+. Jest dość mokro (choć bardziej sucho niż ostatnio jak tu była), a Karo nic nie pamięta, więc tym razem naprawdę nastawiam się na haczenie i ogarnięcie najlepszych patentów pod 2 próbę. Wyciąg okazuje się żywcem przeniesiony z dolinek podkrakowskich. Idzie przez lekko przewieszony brzuszek  między dwoma łatwo wyglądającymi zacięciami które są na wyciągnięcie ręki i sprowadza się do dwuruchowego balda z czego dla mnie pierwszy ruch jest banalny, a drugi ruch polega na przypięciu gniota i dynamicznym ruchu 40 cm w bok do dobrej klameczki. Brakuje tylko czerwonej farby ogranicznika ale i tak miło, że trudności nie polegają tu na wpięciu liny. Karo też próbuje sił na tym wyciągu, ale również nie przypada jej do gustu, a czasu coraz mniej więc decydujemy, że jak jedna osoba zrobi to wystarczy. W następnej próbie prawie odpadam w łatwym terenie wypstrykując się z mokrej krawądy, ale po osiągnięciu no handa, wbijam się w balda i z zapasem egzekwuje sekwencje.

Film autorstwa Karo z Wędrówki Dusz:

Główne trudności za nami, ale została jeszcze połowa ściany do pokonania, a czasu coraz mniej. Tak więc zmieniamy taktykę i po prostu zapieprzamy do góry. Karo przejmuje prowadzenie na wyciągach które zna z prowadzenia filara. Pokonuje również nielogiczny wyciąg za VIII- który na siłę wiedzie kruchym przewieszeniem mimo że obok jest lita płyta. I znowu wpinki generują sporą część trudności. Gdy dochodzimy do trawersów na 13 wyciągu wyciągamy czołówki.

Mijają jakieś 2h, Karo wykonuje w tym czasie kilka telefonów, na zmianę chodzimy po trawnikach i szukamy spita stanowiskowego z 15 wyciągu. Gdy go odnajdujemy wbijam się w VII opisaną jako 50m 6 spitów i 1 hak. Wychodzę coraz wyżej i wyżej szukając spita i co jakiś czas zakładając niepewny przelot (raz że doświadczenie „niepewne” dwa, że skała „niepewna”). Dochodzę w końcu do miejsca gdzie klama którą uważałem za pewną rozpada się na 3 wielkie książki telefoniczne i prawie zrzucają mnie ze ściany. Urywam jeszcze kilka chwytów i stopni po czym postanawiam odwrót. Zeskakuje na trawiastą półkę z lewej by się opanować i zastanowić co dalej. Dochodzimy do wniosku, że w nocy jednak tego nie ogarniemy. Szukam gdzie mógłbym coś osadzić jednak na próżno. Wsadzam friendy w różne szczeliny po czym testuje je skacząc na nich będąc nogami na półce, ale albo one wylatują ze złowrogim odgłosem, albo przesuwają cały blok o który są zaklinowane. Po wewnętrznej szamotaninie wołam Karo i przyznaje, że utknąłem i po ciemku nie dam rady zejść. Karo wysyła mi na linie puchówkę, buty i trochę jedzenia. Łapiemy jeszcze zasięg i dzwonię do Kasi, żeby odwołała TOPR mimo, że nie stawimy się na czas w schronisku. Noc spędzam na półce układając plany awaryjne (chyba z 5 wymyśliłem), kalkulując ryzyko ( Czy ja to dobrze założyłem? Czy skałka wytrzyma?) i szczękając zębami. Generalnie było bez paniki, ale nieco smutno bo faktycznie dość łatwo mogłem połamać sobie nogi.

Jednak rano bardzo powoli i z namaszczeniem pukając każdy kamień udało mi się zejść najpierw do wcześniejszego cama, a następnie przez wszystkie wcześniejsze kostki do ziemi, a w zasadzie trawy. Czyli witamy wśród żywych i „Back in the game!” w jednym. W dzień bez trudu dostrzegamy przeloty które zostały wbite w parchaty najbardziej przewieszony fragment ścianki zupełnie z drugiej strony stanowiskowego spita. Karo najpierw walczy o pierwszy przelot który jest jakby troszkę za wysoko i troszkę za bardzo w lewo. Następnie powoli wpina drugi, wraca się ręką do wielkiej póły w podchwyt i… wyrywa ją dwiema rękami naraz! Jednak szybki mentalny ogar i znowu wstawia się. Tym razem wspina się jeszcze delikatniej i przechodzi całość tylko czasami zrzucając średnie kamyczki. Do topu pozostały już tylko 2 x V+ za to łącznie mające jakieś 125m. Na świeczniku stajemy o godzinie 11:36. Droga padła, my też padamy, a tu trzeba jeszcze wrócić… Fajnie, że Kasi i Tosi chciało się po nas wyjść z jedzeniem i wodą nad Czarny Staw 🙂

14374625_1485995224750488_1614616435_o
szczytselfie 🙂

PS. Coraz poważniej zastanawiam się nad pójściem na kurs taternicki, ponieważ za cholerę nie jestem w stanie sobie wyregulować kasku tak by nie spadał mi na tył głowy… Jakieś wskazówki? 😉

frictionpl_logo.720x427 logo korona heartbeat-logohead crash logo

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *