Tatrzański debiut czyli o Opętaniu słów kilka.

Pomysł wyjazdu w Tatry kiełkował w mojej głowie już od dawna, jednak data nigdy nie była sprecyzowana. No cóż! Odwiedziłem kilkanaście krajów w celach wspinaczkowych, ale w Moku nie pamiętam, abym był choćby na spacerze. Bezpośrednią inspiracją do wyjazdu była wiadomość, że powstała nowa droga na Ministrancie. W mojej pamięci figurowały szczątkowe informacje o jakimś legendarnym okapie z katolickim przewieszeniem, o którym opowiadał coś Szalony oraz Kokot. Nic konkretnego, ale w mojej głowie zaszczepiona została tajemnicza legenda. Zaraz po powrocie ze stypendium w Sofii ustaliłem wraz z Kasią Cieślak, że jedyna szansa przed wakacyjnym tripem to uderzyć w sobotę 9 lipca po pracy Kasi. Planowany wyjazd o 17 się opóźnił w związku z natłokiem obowiązków przedtripowych i ostatecznie po 20 opuściliśmy Kraków, a w drodze zamiast sprawdzać informacje dotyczące drogi robiliśmy zakupy na allegro 😀 Na Taborze zameldowaliśmy się koło 00:30. Krótki sen i wyruszamy!

 

Pierwszy niezapowiedziany crux na jaki natrafiliśmy to dotarcie pod ścianę – z pozoru było to tak oczywiste, że ja myślałem, że na pewno Kasia wie, a ona, że ja 🙂 Tak więc trafiliśmy z początku na Zadniego Mnicha i dopiero spotkany zespół naprowadził nas na właściwe tory. Rozpoczęliśmy zjazdy po poręczówkach z topu by porozmawiać z zespołem pracującym nad kluczowym wyciągiem: Olgą Kosek – Marcinem Gąsienicą-Kotelnickim i ustalić czy jest sens się tłoczyć. Zostaliśmy przyjaźnie przyjęci i zachęceni do prób. Niestety podczas zjazdów w związku z presją uciekającego dnia oraz nieprzyzwyczajeniem do tak wielkiej przestrzeni, Kasia popełniła błąd i utknęła zawieszona w lufie największego okapu w Tatrach! Rozwiązanie zajęło trochę czasu i z pomocą przeszedł nam bardziej doświadczony zespół autorów drogi. Mimo popełnionego błędu Kasia przez cały czas zachowała zimną krew co bardzo nam wszystkim zaimponowało. Jednak tego dnia zrezygnowaliśmy już z prób, a ja zastanawiałem się czy nie lepiej wybrać jakiś inny cel by zbytnio nie forsować psychicznie i fizycznie swojej partnerki. Jednak zarówno Kasia jak i Marcin z Olgą namawiali mnie do prób tłumacząc, że warun jest idealny (a to ponoć rzadkość na tej drodze) ekspresy są powieszone na kluczowym wyciągu, poręczówki w ścianie ułatwiają logistykę, a my w końcu wiemy czego się spodziewać. Kolejny dzień miał być naszą pierwszą i jedyną próbą na drodze. Dlatego postawiliśmy na lepszą regeneracje po ciężkim dniu. 9h snu i kotlet schabowy z ziemniaczkami i surówką, zamiast standardowych kanapeczek miał być naszą tajną bronią:)

 

Dzięki zdobyciu 4 stypendiów podczas pobytu w Sofii przez ostatnie 4 miesiące całkowicie mogłem poświęcić się budowaniu formy. Treningi po 2 razy dziennie, bieganie, ogólnorozwojówka, ćwiczenia kompensacyjne, pogłębianie wiedzy z periodyzacji treningu i żywienia oraz stosowanie ich w praktyce, domowe zabiegi odnowy biologicznej, ćwiczenia koncentracji, skupienie się na słabych ogniwach. Był to dla mnie jeden wielki obóz treningowy. W międzyczasie testy formy wychodziły bardzo dobrze. Wszystko wydawało się być podejrzanie łatwe. W międzyczasie udało mi się zająć 2 miejsce na zawodach boulderowych na Sofijskim Uniwersytecie w Bułgarii (tamtejszy odpowiednik Korony), zrobić Mechanikę (waraintem treningowym bez bocznej) VI.6+/7 RP.  2 dni później podczas Akademickich Mistrzostw Polski wejść do finału we wszystkich 3 konkurencjach, następnie zrobić ekspresowe przejścia dróg do 8b w Rumunii i Bułgarii (co jest 9 i 10 krajem w którym zrobiłem 8b), wrócić do Polski i zrobić La bella Mafia VI.7 (trochę trudniejszy Fumar), a kolejne kilka dni później wejść do finału Mistrzostw Bułgarii w Boulderingu, gdzie zająłem 5 miejsce, a następnie znowu szybkie 8b. Przed samym wyjazdem w Tatry udało się jeszcze zrobić na dogrzewkę Shock the Monkey VI.5+/6 mimo bardzo pobieżnej znajomości patentów sprzed kilku lat, następnie pomęczyć się na boulderze z Kiełbasy (VI.7) i na rozmas skoczyć na Shock the Prorok VI.5+/6  (znowu pamiętając patenty pi razy drzwi). Tak więc forma ewidentnie jest, ale jak wiadomo to dopiero bilet wstępu na arenę, a nie gwarancja sukcesu. Wiedziałem, żeby zwiększyć swoje szanse na Opętaniu w 1 dzień będę musiał odłożyć dumę i olać próby os i bezbłędnie wspinać się podczas drugich prób, a i to nie gwarantowało sukcesu…

moon board
Kącik nowoczesnego Taternika? 😉

Dzień szturmu zaczynamy podejściem przez piargi do podstawy ściany. Pierwszy wyciąg jest absolutnie świetny! Około 30m ciągowego wspinania w pionie i lekkim przewisie, zakończony bardzo czujnym skradaniem na nogach w lekkim połogu. Skała solidna, a ruchy ciekawe. Z pewnością w sportowym rejonie byłby to klasyk! 2 próba przebiega gładko i zapasem. Następnie wciągam plecaki (już nie tak gładko), a Kasia małpując ściąga ekspresy. Później za pomocą zastanych poręczówek przechodzimy do początku 2 wyciągu po mało eksponowanych półkach. Uprzedzając pytania w jednym miejscu podobnie jak autorzy łapiemy się liny by zrobić 2 kroki w dół w IV terenie. Może to i głupie, ale nie uważaliśmy tego ani przez chwile jako element drogi. Przy reszcie jesteśmy wpięci do liny i biegamy po półkach transportując plecaki. Drugi wyciąg jest krótki i boulderowy. Po odnalezieniu chwytów po pierwszej wstawce robię 5 min resta na czekoladę i przechodzę całość  z zapasem w drugiej próbie. Jako, że najtrudniejszy jest pierwszy ruch nad półką i nie męczy, aż tak bardzo jak pierwszy wyciąg po konsultacjach z autorami proponuje lekką korektę wyceny tego wyciągu na IX- .

tatry Kasia
Kasia zbiera zabawki z pierwszego wyciągu

W końcu dochodzę do gigantycznego przewieszenia, a zabawa naprawdę się rozpoczyna! Typ wspinania jest bardzo atletyczny. Chwyty cały czas są dobre, a ruchy można by robić choćby na rękach, ale z drugiej strony gdzieniegdzie wstawiając nogi nie czuje się dużej różnicy. Do tego jest to całkiem długi wyciąg. Mimo, że zapobiegawczo biorę bloki to i tak czuję zmęczenie już w połowie drogi! Po dojściu do łańcucha decyduje się na powrót tą samą drogą by ominąć małpowanie i lepiej zapamiętać sekwencje. Po powrocie na półkę oceniam swoje szanse na bardzo wysokie. Droga jest w moim stylu, to wytrzymałościowy potwór! W dwóch miejscach znajduje też resty w których myślę, ze będę w stanie się wyzerować. Wiem, że patenty nie są optymalne – na to szkoda czasu i siły, ale wierzę w swoje umiejętności i liczę, że wszelkie nieścisłości pokonam spontanicznie. Wystarczy się opanować i nie dać się zrzucić 🙂

Totalny przewis czyli sprzyjająca formacja :)
Totalny przewis czyli sprzyjająca formacja 🙂

Decydująca próba wygląda jednak zupełnie inaczej niż ją sobie zaplanowałem. Trudne miejsce na początku wchodzi łatwo, łatwe miejsce w połowie wchodzi trudno. Rest pozwala się trochę uspokoić, ale o zerowaniu nie ma mowy. Następnie wkraczam w długi łatwiejszy teren. Tutaj kaczki zaczynają palić jak oszalałem, a ręce otwierać. Doping Kasi dodaje mi skrzydeł, wiem że jesteśmy tu tylko dla tej jednej próby i że następnej nie będzie. Spontanicznie pomijam kilka wpinek pod rząd by cudem dojść do resta przed kluczowym boulderkiem na końcu wyciągu. Tutaj ledwo wiszę, miażdżę sobie lewą piętę byleby jak najbardziej odciążyć ręce. Przypominają mi się godziny spędzone na treningu i podobny ból gdy między obwodami na moonboardzie zamiast na krzesełku jak Pan Bóg przykazał restowałem na klamach w lekkim przewieszeniu. Tylko teraz przewieszenie to dach. Wiem, że końcówka nie jest dla mnie trudna, z drugiej strony przypominają mi się opowieści o tym jak chłopaki spadali tam po kilka razy. Odsuwam jednak te myśli, ból przestaje istnieć, a między sukcesem, a porażką jest ostatnia prosta. Wzbudzam w sobie pobudzenie niczym w strefie przed startem w zawodach i ruszam automatycznie na ostatnią sekwencję którą znam najlepiej z całej drogi. Wiem, że czas jest ograniczony, więc nawet nie myślę o wpinkach czy magnezjowaniu. Po chwili pokonuje oblaki i łapie dobrej kostki z której to przerzucam nogi za kant gigantycznego przewisu. Przez głowę zbyt wcześnie przelewa się strumień szczęścia i jakby na potwierdzenie tego mózg zaczyna wysyłać informacje o krytycznym stanie przedramion. Ostatnie ruchy choć każdy coraz łatwiejszy robię prawdziwą siłą wiary, zarzucając całym ciałem jak worem ziemniaków. Z okrzykiem zwycięstwa czekam do wpięcia liny do stanu. Opadam bezwładnie na stan, a zmęczenie, ból, głód i pragnienie atakują znowu. Wystarczy jednak wymiana spojrzeń z Kasią i Jej deklaracja, że to była chyba moja najlepsza walka jaką w życiu widziała, bym w mig odzyskał siły. Wszak jest jeszcze ostatni wyciąg, a czasu coraz mniej.

 

Przed startem w 3 wyciąg ustaliliśmy z Kasią, że nie będę Jej targał przez ten okap tylko, że cofnie się do wcześniejszego stanowiska dokładnie pode mną i przyasekuruje mnie stamtąd. Chciałem wykorzystać linę poręczową by spuścić po niej przywiązaną do karabinka końcówkę. Plan wydawał się dobry, jednak nie wypalił w związku z wielkością przewieszenia. Końcówka zatrzymywała się w 3/4 drogi i napinanie czy falowanie liny nic nie dawało. Kolejna próba polegała na dociążeniu tej końcówki. Nie miałem ze sobą zbyt wiele zbędnych rzeczy, więc dociążyłem kilkoma wolnymi ekspresami które zostały na stanie oraz… swoimi butami 😀 Pomysł zapracował, ale nie wystarczająco. Brakowało wciąż około 3 m. Czasu coraz mniej, a nam się coraz ciężej myśli przez zmęczenie w tej niestandardowej sytuacji. Do tego nachodzą mnie wątpliwości, czy liny starczy na 2 wyciągi oraz czy czegoś nie urwę po drodze, albowiem wyciąg był mało chodzony w związku z jego niewygórowanymi trudnościami, a bolty mimo że solidnie to bardzo skąpo rozmieszczone.

Problemy z końcówką
Problemy z końcówką liny

Kolejna próba dostarczenia końcówki to wielkie wahadło/lasso 😀 Podobnie jednak jak wcześniejsza próba jest nieskuteczna mimo że niewiele brakuje. Ostatecznie decyduje się na rozluźnienie poręczówki, zjazd na przyrządzie poniżej poziomu Kasi, tak by mogła mi wysłać po linie małpe i gri gri, następnie dociągnięcie do półki, podanie Jej końcówki i znowu małpowanie do góry, a następnie atak. Czasu jest naprawdę niewiele. Wiem, że znowu nie mogę sobie pozwolić na błąd. Nie bo potem nie będę miał siły bo to przecież ledwo VII-, ale nie chcemy zastać nocy w ścianie. Dodatkowo wiem, że zastosowany system asekuracyjny będzie działał, ale potencjalny lot może być naprawdę konkretny. Do tego 2 wpięte przelotu tuż pod krawędzią okapu przysztywniają mocno linę.

 

Idąc konfrontuje się głównie z kruszyzną i porostami, staram się nie zapinać na chwytach by ich nie pourywać gdyż nie znam wytrzymałości tutejszego granitu. Tym razem przypominają się bouldery na balans po paczkach które serwowałem sobie w nagrodę po skończonych treningach w Sofii i poruszam się bardzo ostrożnie, ale pewnie. Trudności w pewnym miejscu to odnalezienie właściwej drogi. Gdy dochodzę do kolucha zjazdowego, czochram się na kolanach na trawnik, a następnie olewając go biegnę na znany mi szczyt na spotkanie z nowym wspaniałym światem po drugiej stronie góry. Pozwalam by zalała mnie ulga i spełnienie! Rozwiązuje linę, zrzucam w przepaść, komunikuje Kasi o sukcesie i biegnę do zjazdów by do Niej dołączyć.

tatry 1
Samojebka z Koroną i Mokiem 🙂

Wciąż jeszcze musimy wydostać się ze ściany, wrócić przez piargi i przespacerować się do namiotu. Decydujemy się zrzucić linę na sztywno i zjechać do podstawy. Już w ciemnościach pokonujemy zejście piargami i odnajdujemy ścieżkę koło kosówki. Dopiero na szlaku łapiemy zasięg i dzwonimy by poinformować, że jesteśmy spóźnieni, ale wszystko jest pod kontrolą. Około 1:00 padnięci, ale szczęśliwi docieramy do namiotu. Podjęliśmy wyzwanie, mimo kilku wtop nie poddaliśmy się i atakowaliśmy dalej, dowiedzieliśmy się czegoś nowego o sobie, przekroczyliśmy naszą strefę komfortu, przekonaliśmy się, że możemy na siebie liczyć i pokonaliśmy legendarnego potwora. Wszystko to dość spontanicznie. A była to moja pierwsza droga w Tatrach 🙂

PS. Jeszcze raz chciałby wyrazić uznanie dla autorów drogi za ich wkład, wizję oraz wytrwałość. W moim odczuciu linia choć nie prowadzi idealną prostą jest bardzo logiczna. Idzie najlepszej jakości skałą, a przewieszona sekcja jest pokonana w najłatwiejszy możliwy sposób co w moim odczuciu ma sens. Autorzy dopasowali linię do formacji, a nie wbijali spitów od linjiki. Dzięki nim powstała niespotykana wcześniej w Polsce droga. Wszystkich zainteresowanych serdecznie zachęcamy do ataku. W końcu gdzie jest Ministrant chyba już każdy wie… 😉

frictionpl_logo.720x427

logo korona

heartbeat-logo

head crash logo

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *