trip 2015 cz.1 O konfrontacji z „Bogiem Łatwej Cyfry” w Voralpsee

Odkąd pamiętam ludzie, zawsze modlili się do „Boga Łatwej Cyfry” (w skrócie „BŁC”) o przychylność przed tripem.

Prosili o to by nakładem siły za 7c+, przy współpracy odpowiednich czynników zewnętrznych (np. hiszpańskiej mańany, parametrycznego charakteru drogi czy tradycji etnicznych) w magiczny sposób w kajecie wyszło 8a. Albo nawet 8a+ jeśli można prosić, ooo taaak! Mając 13 lat nieodżałowani dla wspinaczki sportowej „Radi” wraz z „Wojtim” próbowali nauczyć mnie kilku modlitw, ale wtedy nie wiedziałem o co właściwie chodzi i krnąbrnie nie chciałem się uczyć. Och jakże byłem wtedy głupi! Ale od początku..

Tegoroczny trip miał być z jednej strony powrotem do korzeni: tylko wspinanie z liną, kult siły poruszany na każdym kroku i męskie towarzystwo. Z drugiej strony dzięki pokaźnemu wsparciu ze strony uczelni i oszczędności związanych z nie posiadaniem potencjalnej życiowej partnerki, udało się wprowadzić udogodnienie w postaci Renault Twingo. „Renia” może wydawać się śmiesznym samochodzikiem, dla korpo bez urlopu, ale gdy ze względów ekonomiczno-rozrywkowych postanowisz nie używać hamulca na zakrętach kanionu Verdon, poczujesz się jakbyś wychodził nad przelot słabo osadzonej kostki. A dla dwóch osób miejsca jest powyżej przeciętnej, toteż można powiedzieć, że było w końcu luksusowo.

Jako kompan do tego rodzaju eskapady został wybrany Jędrzej Krzemiński wynikiem 4:2. 4 za: umie asekurować, umie gotować, nie umie narzekać, niczego się nie boi. 2 przeciw: nie je mięsa, nie ma prawa jazdy. W związku z ograniczonym czasem do miesiąca postanowiliśmy odpuścić Hiszpanię. Wybraliśmy 3 główne stacje: Franken , Voralpsee , Verdon.

Franken:

Pierwszy dzień to tradycyjny łomot ze strony skałki. Drogi przewidziane na szybkie RP mają trudne ruchy… w sumie to za trudne… z miejsca nawet… Drugi dzień wciąż nie jest zbyt łaskawy dla Jędrka który przed tripem miał sporo resta związanego z praktykami w szpitalu. Mi się udaje podbudować ego prowadząc jednego dnia 2 x 7c+ OS: Gladiator to duży przewis i walka z wilgocią, urywającymi się stopniami, a na koniec z bólem łydek w kominie w dachu i ślizgającymi się plecami z potu. Totenbrett dla równowagi to boulderek w lekkim przewisie, wchodzący w wymagający ciąg zapinania kciuków w plecy w lekkim połogu, a wszystko to na około 30m skałki. Pycha!

Voralpsee:

szeroka ściana

Poza oglądnięciem filmików ze „speed’a” z początku nie wiedzieliśmy nic o tym rejonie. Jednak widok samej ściany oszałamia, a jak znaleźliśmy info, o tym, że bezpośrednio obok jest tam 13 dróg od 6c do 9a (średnio po jednej na każdy stopień trudności) zdecydowaliśmy się jechać w ciemno. Wybór okazał się strzałem w dziesiątkę. Ściana naprawdę nam zaimponowała! Do tego położenie w górach tuż nad pięknym jeziorkiem i zdecydowanie niższe temperatury! Po rozgrzewce (a nawet nieco zgrzewce) na 7a bez zastanowienia ruszam na znane mi z filmu z przejścia free solo przez Beata Kamerlandera Mordillo 8a+. Od samego początku trzeba mocno się trzymać – kciuk nie schodzi z paznokcia wskazującego. Po osiągnięciu betonu w kaczce zawisam w uprzęży. Całkiem nieźle było, co? Prawie połowa ściany, co? No może 1/3… 5 wpinka?! A jest 14?! Po około godzinie haczenia osiągam łańcuch. Komunikuje też Jędrkowi swoje odkrycia:

  1. BŁC” się ode mnie odwrócił
  2. Beat Kamerlander mógł mieć większe jaja nawet od Kurtyki, albo przynajmniej miał tak samo duże, ale zapas większy.
  3. Na swej drodze nie napotkałem żadnej klamy, ale są ze 2 semi-klamy.
  4. Autor drogi musiał być niezłym trefnisiem bo poza run outami w wcale nie łatwym terenie, wbił łańcuch tak by dało się spieprzyć wpinając się do niego z wybraną ponad głową liną
  5. Polska jura wcale nie jest rejonem o najtrudniejszej wycenie dróg na świecie!
  6. Droga ma na oko setkę ruchów, ale za cholerą nie pamiętam nawet połowy.

Chwilę po mnie wbija Jędrek. Zaprzyjaźnianie z ruchami idzie mu sprawnie. Potwierdza on też większość moich odkryć. Oddajemy jeszcze po jednej wstawce, a ja dodatkowo idę na rozmas na 6c+. W sumie to robiłem łatwiejsze VI.4.

Beat Kamerlander ma Mordillo:

YouTube Preview Image

Drugiego dnia pod skałką natrafiamy na sympatyczną parę mieszaną wstawiającą się w „naszą” drogę. Z początku swoich sił próbuje mężczyzna. Pierwszy ekspres – pierwszy blok. Przy 4 chyba odechciewa mu się dalszej przygody. Następuje zmiana na prowadzeniu. Swoich sił na drodze próbuje asekurantka wspomnianego typa. Lekko złośliwe obserwujemy jej poczynania z odległości dróg rozgrzewkowych. Obstawiamy gdzie odpadnie. Po pewnym czasie okazuje się, że żaden z nas nie miał racji. Jeszcze po chwili przechodzi ponad nasze high-pointy, a na dodatek restuje na czymś na czym nie powinna… Ze wstydem patrzymy po sobie. W 2/3 skałki już jesteśmy przekonani, że jednak jej się uda. Laska z zapasem kończy drogę, a my głupkowato uśmiechamy się do siebie. Ale, ale! Co ona robi? Bez żadnego resta, przewiązuje się i ciśnie na sąsiednie 7c+. Kolejna droga pada jej łupem, a ja czuje, że coś tu nie gra – tak słabi to znowu nie jesteśmy! Po podejściu bliżej wszystko się wyjaśnia. To była Anna Stohr, a my odetchnęliśmy z ulgą 🙂

Podczas kolejnego dnia niestabilnej pogody, restując i zbierając utracone siły postanowiliśmy, że następny dzień będzie decydujący. Zrobimy swoje projekty (po pokazie siły Austriaczki, Jędrek zmienił projekt, ale utrzymuje, że to zajście nie miało wpływu na jego decyzję) i pojedziemy dalej. Albo nie zrobimy, ale i tak pojedziemy. Na plażę, na słoneczko i na przewiechy! Tak więc już od rana można było wyczuć lekką presję. Ostatnim razem spadłem lekko za połową drogi. Ale ponoć Jędrek na odchodne wymyślił super patent, poza tym powinniśmy być o wiele bardziej rozwspinani. Ale czy aż 2 razy bardziej? Po wstawce rozgrzewkowej i czyszczeniu chwytów czuję się jakbym był 2,5 raza mocniejszy. Wszystkie chwyty urosły przez resta o połowę, a ja w końcu pamiętam idealnie sekwencję. W pierwszej wstawce daje z siebie wszystko. Pierwsza część wchodzi gładko. Crux z lekkim pokrzykiwaniem. Do 2/3 dochodzę drąc japę na całego, ale zatrzymując się tylko na wpinki. Mimo że łokcie mam w górze już od połowy drogi czuję, że to jest to i idę po swoje. Dochodzę do ostatniej sekwencji przed łańcuchem. Przechodzę przez gnioty na totalnych odlotach, w głowie już od kilku chwil nieśmiało kołocze się myśl: „po zabawie, jesteś nabity jak świnia po hmb i nie utrzymasz już następnego chwytu… utrzymałeś 20 wcześniejszych, ale teraz już po ptokach. Beton ist fertig w Twojej kaczce!”.Rozpaczliwie strzelam do chwytu który jako pierwszy lekko się zagina, więc powinno już tam odpuszczać. W ostatniej chwili wysyłam rozkaz do mózgu by za wszelką cenę trzymał. Ku wielkiemu zaskoczeniu chwyt zostaje utrzymany na totalnym odlocie! Poprawiam, próbuję dopiąć łódkę, ale na to jest za późno – ani grama mocy więcej nie wygeneruje! Głośny ryk powiadamia wspinaczy pod skałką o mojej porażce…ruch przed topem! Widać byłem rozwspinany tylko 1,98 razy bardziej niż ostatnio. Pod skałką dochodzi do mnie co się stało. Mimo porażki jestem dumny ze swojej próby, dałem z siebie więcej niż miałem. Gdybym za każdym razem tyle z siebie dawał z pewnością mógłbym znacznie podnieść poziom swojego wspinania. Wspinanie jest świetne bo tu nie ma miejsca na targi. Droga nie puści Cię bo podobało jej się Twoje zaangażowanie, technika czy prezencja. Bezlitośnie wytyka słabości – można się o to obrażać, albo wyciągnąć wnioski. Szkoda tylko, że moja epicka walka nie będzie przyzdobiona wisienką w postaci finalnego wpięcia do łańcucha…

mordillo

Próba Jędrka mimo że dobra, też okazuje się niewystarczająca… Siedzimy z nieco zmieszanymi uczuciami. Z jednej strony żal zostawiać rozgrzebane projekty, z drugiej słowo się rzekło, a w Verdon czeka na nas kupa wspinania. Ostatecznie Voralpsee jest też bliżej od Polski. Idę tylko ściągnąć ekspresy. Posuwam się szybko i sprawnie wiem, że będę walczył do końca, ale w głębi serca wiem też, że już na dojściu czuję mniej świeżości. Po przejściu najbardziej wymagającego run outa nie odpoczywam za długo w semi klamach. Biegnę szybko na spotkanie z nieuniknionym. Dochodzę znów do tego samego miejsca, ale o dziwo wydaje się lepiej niż myślałem. Tym razem próbuję bardziej loteryjnego patentu z wrzuceniem nogi pod brodę i strzałem, pomijając zapinkę z której wcześniej spadłem. Zmieszany utrzymuję oblaka topowego i w pełni skupiony wybieram linę do łańcucha. Clip! Znowu ryk rozdziera powietrze, ale jest to zupełnie inny dźwięk – tym razem to ryk szczęścia! A to było tylko 8a+… 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *